Personel nie wiedział, czy to postęp, czy coś gorszego. Notatki dr Ashford ostrzegały, że separacja prowadzi do śmierci. Ale to nie była wymuszona separacja; to był wybór, który nasuwał pytanie, którego nikt nie chciał zadać. Skoro dzieci decydowały się na indywidualizację, co to oznaczało dla tego, kim były wcześniej? W marcu 1976 roku jedna ze starszych dziewcząt, około 23-letnia, choć wciąż wyglądała młodziej, zapytała pielęgniarkę o swoje imię. Nie pielęgniarki, ale swoje własne. Po raz pierwszy dziewczynka wykazała zainteresowanie swoją tożsamością. Zaskoczona pielęgniarka sprawdziła dane z kartotek przyjęć. Nie było żadnych imion. Dzieci były klasyfikowane według numerów, od Pacjentki 1 do Pacjentki 11. Dziewczynka długo wpatrywała się w pielęgniarkę, a potem odeszła. Tej nocy po raz pierwszy odezwała się po angielsku. Powiedziała: „Zapomnieliśmy”. Pielęgniarka zapytała, co ma na myśli. Dziewczynka spojrzała na nią swoimi ciemnymi, spokojnymi oczami i powiedziała: „Zapomnieliśmy, jak być Dalhart”.
Do 1978 roku stan dzieci się pogorszył. Nie fizycznie, ale psychicznie. Zaczęły wykazywać dezorientację, zaniki pamięci i to, co personel określał mianem kryzysu tożsamości. Zapominały własnych twarzy. Jeden chłopiec spędził cały dzień w przekonaniu, że jest jedną z dziewcząt. Inna twierdziła, że zmarła lata wcześniej, a osoba, która ją zastąpiła, była kimś innym. Przestały się rozpoznawać. Synchronizacja, która kiedyś je definiowała, zniknęła, zastąpiona chaosem. Dwoje dzieci stało się agresywnych, nie wobec personelu, ale wobec siebie nawzajem, jakby próbowały zniszczyć coś, nad czym nie mogły już panować. Podano im środki uspokajające i rozdzielono do oddzielnych sal. Oboje zmarli w ciągu 48 godzin. Oficjalną przyczyną zgonu była niewydolność serca, ale ich serca były w pełni sprawne dzień wcześniej. Wyglądało to tak, jakby ich ciała po prostu się poddały w chwili, gdy nie mogły już być tym, kim zawsze były.
Do 1980 roku żyło już tylko czworo z jedenaściorga dzieci. Władze stanowe podjęły decyzję o zamknięciu Riverside Manor. Dom dziecka był zbyt drogi, budził zbyt wiele pytań i nie przynosił rezultatów. Ocalałe dzieci przeniesiono do standardowego domu dziecka w południowo-zachodniej Wirginii. Nadano im imiona — Sarah, Thomas, Rebecca i Michael — z listy popularnych imion, niezwiązanych z ich przeszłością. Zapisano je do programu mającego na celu integrację dorosłych z opóźnieniami rozwojowymi ze społeczeństwem. To się nie udało. W niecałe sześć miesięcy Thomas zniknął w lesie za domem dziecka i nigdy nie wrócił. Ekipy poszukiwawcze nie znalazły po nim śladu. Rebecca całkowicie przestała mówić i spędzała dni, kołysząc się w przód i w tył, nucąc ten sam niski głos, który prześladował personel Riverside. Zmarł we śnie w 1983 roku. Michael pozostał tam do 1991 roku. Mieszkał w mieszkaniu pod nadzorem, pracował na pół etatu w supermarkecie i, według wszystkich relacji, wydawał się prawie normalny, aż do nocy, gdy utknął w korku na autostradzie w pobliżu Roanoke. Nie biegł, nie potykał się. Świadkowie zeznali, że po prostu wszedł na jezdnię i stał tam, z rękami ułożonymi wzdłuż ciała, wpatrując się w reflektory nadjeżdżającego samochodu. Zginął na miejscu.
Więc pozostała tylko Sarah, najmłodsza, jedyna ocalała. Sarah Dalhart, choć nie było to jej imię rodowe – o ile w ogóle je miała – żyła dłużej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. W 2016 roku miała nieco ponad pięćdziesiąt lat, choć wyglądała na dekady młodziej. Większość dorosłego życia spędziła w domach opieki, domach grupowych i ośrodkach resocjalizacyjnych w Wirginii i Zachodniej Wirginii. Czasami pracowała – zmywała naczynia, była sprzątaczką, pracowała na nocnej zmianie w sklepie – zawsze na stanowiskach, na których nie musiała rozmawiać ani zbytnio wchodzić w interakcje z ludźmi. Pracownicy socjalni opisywali ją jako cichą, funkcjonalną i głęboko samotną. Nie miała przyjaciół, żadnych romantycznych związków, żadnych powiązań z nikim. Żyła na marginesie społeczeństwa, wystarczająco obecna, by nie budzić podejrzeń, wystarczająco nieobecna, by pozostać niezauważoną. Przez prawie 40 lat nigdy nie mówiła o swoim pochodzeniu ani rodzinie, aż w 2016 roku odnalazł ją dziennikarz Eric Halloway.
Halloway zbierał informacje do książki o zapomnianych społecznościach Appalachów, gdy natknął się na wzmiankę o dzieciach Dalhartów w odtajnionym dokumencie sądowym. Większość szczegółów została utajniona, ale informacji było wystarczająco dużo, by podążyć tropem. Odnalazł byłych pracowników Riverside Manor, uzyskał częściową dokumentację medyczną na podstawie ustawy o dostępie do informacji publicznej i ostatecznie odnalazł Sarę za pośrednictwem bazy danych służb społecznych. Pisał do niej przez sześć miesięcy, zanim zgodziła się na spotkanie. Spotkali się w restauracji w Charleston w Zachodniej Wirginii, w chłodne listopadowe popołudnie. Halloway nagrał rozmowę. Nagranie, trwające ponad trzy godziny, nigdy nie zostało upublicznione, ale fragmenty zostały przepisane i opublikowane w limitowanym wydaniu artykułu w mało znanym czasopiśmie historycznym w 2017 roku.
To, co Sarah powiedziała mu tego dnia, całkowicie zmieniło wszystko, co myślał, że wie o klanie Dalhartów. Powiedziała, że dzieci znalezione w 1968 roku nie były dziećmi pierwszego pokolenia. Nie były nawet