Myśliwi wezwali władze. Do zmroku posiadłość została otoczona przez policję, pracowników socjalnych i zespół medyczny ze szpitala powiatowego. To, co wydarzyło się w ciągu następnych 72 godzin, zostało udokumentowane w raportach, które później złożono w sądzie, ale fragmenty historii przetrwały: strzępki, szepty, zeznania, które nigdy nie powinny opuścić sali sądowej. I wszystkie wskazują na tę samą niepokojącą prawdę. Dzieci Dalhartów nie były takie jak inne dzieci – ani pod względem zachowania, biologii, ani tego, co w sobie nosiły.
Główną pracownicą socjalną przydzieloną do tej sprawy była Margaret Dunn. Pracowała w ochronie dzieci przez 16 lat, zajmując się przypadkami przemocy, zaniedbania i porzucenia w trzech hrabstwach. Myślała, że widziała już wszystko. Ale kiedy przybyła na posiadłość Dalhartów rankiem 18 czerwca 1968 roku, od razu wiedziała, że coś jest nie tak. Nie tylko z dziećmi, ale i z samą ziemią. W swoim raporcie, jednym z niewielu dokumentów, które przetrwały zapieczętowanie, opisała powietrze wokół stodoły jako gęste, niemal nieprzeniknione, niczym chodzenie po wodzie. Napisała, że cisza była nienaturalna. Żadnych ptaków, żadnych owadów, żadnego wiatru szepczącego między drzewami; tylko dzieci stały półkolem w stodole, obserwując dorosłych z mimiką, którą opisała jako świadomą, lecz nieobecną.
Najmłodsza była dziewczynka, która wyglądała na około cztery lata. Najstarszy był chłopiec, który wyglądał na 19 lat, choć późniejsze badania lekarskie sugerowały, że mógł być znacznie starszy. Żadne z nich nie podało swojego imienia. Żadne z nich w ogóle się nie odezwało. Ani przez pierwsze 48 godzin. Kiedy zespół medyczny próbował przeprowadzić badania, dzieci stawiały opór, nie gwałtownie, ale z rodzajem skoordynowanego spokoju, który uniemożliwiał postęp. Osłabły, ich ciała stały się tak ciężkie, że potrzeba było trzech dorosłych, by podnieść jedno dziecko. Ich skóra była zimna w dotyku, nawet w czerwcowym upale. A ich oczy – każdy, kto je widział, wspominał o oczach – były ciemne, prawie czarne, ze źrenicami, które zdawały się nie reagować na światło.
Margaret Dunn, instruktorka marketingu influencerskiego,
próbowała oddzielić dzieci na indywidualne wywiady. Wtedy sytuacja wymknęła się spod kontroli. W chwili, gdy najmłodsze dziecko zostało oddzielone od grupy, pozostałe zaczęły nucić – nie melodię, ale stały dźwięk, który wibrował przez ściany stodoły. Stawał się głośniejszy, głębszy, aż w końcu brzmiał mniej jak dźwięk, a bardziej jak ucisk. Obecny szeryf opisał to jako uczucie wewnętrznej blokady w czaszce. Oddzielone dziecko upadło – nie zemdlało, tylko upadło – jakby każda kość w jego ciele zamieniła się w ciecz. Kiedy zostało przyprowadzone z powrotem do grupy, natychmiast wstało, całe i zdrowe, i wróciło do kręgu. Nucenie ustało. Nikt już nie próbował ich oddzielić.
Dr William Ashford był psychiatrą zatrudnionym do badania dzieci. Był to klinicysta po studiach na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa, znany z pracy z osobami po traumie i dziećmi w skrajnej izolacji. Badał dzieci zdziczałe, ofiary nadużyć w sektach i pacjentów z mutyzmem wybiórczym. Podchodził do dzieci Dalhartów z tym samym metodycznym dystansem, który stosował we wszystkich innych sprawach. Ten dystans trwał dokładnie trzy dni. Czwartego dnia złożył raport do władz stanowych, który zawierał na końcu jedno odręczne zdanie: „Te dzieci nie cierpią na traumę psychologiczną. Są czymś zupełnie innym”. Odmówił rozwinięcia tematu. Dwa tygodnie później zamknął swoją prywatną praktykę i przeniósł się do Oregonu. Nigdy więcej nie leczył dzieci.
To, czego Ashford był świadkiem w ciągu tych trzech dni, zostało udokumentowane w notatkach z sesji, które później utajniono. Jednak w 1994 roku pracownik sądu, który digitalizował stare akta, ujawnił fragmenty swoich obserwacji. Według notatek Ashforda, dzieci wykazywały zdolności, które przeczyły konwencjonalnemu rozwojowi dziecka. Wykazywały idealną synchronizację bez komunikacji werbalnej, poruszały się, obracały, a nawet oddychały jednocześnie. Gdy jednemu dziecku pokazano obraz podczas prywatnej sesji, pozostałe rysowały ten sam obraz, nie widząc go. Nie miały pojęcia o indywidualnej tożsamości. Zapytani o imię, zawsze odpowiadali chórem: „Jesteśmy Dalhart”. Zapytani o rodziców, uśmiechali się – nie dziecięcym uśmiechem, lecz wymuszonym, pustym uśmiechem – i nic nie mówili.
Najbardziej niepokojąca obserwacja miała miejsce podczas badania lekarskiego. Pielęgniarka Patricia Hollis pobierała krew jednemu ze starszych chłopców, gdy zauważyła coś nietypowego. Krew była ciemniejsza niż zwykle, prawie brązowa i krzepła w ciągu kilku sekund od wypłynięcia z żyły. Jeszcze bardziej niepokojąca była reakcja chłopca; nie drgnął, nie płakał, zdawał się nawet nie zauważać igły. Ale w chwili, gdy jego krew dotknęła szklanej fiolki, wszystkie inne dzieci w budynku odwróciły się, żeby na niego spojrzeć. Jednocześnie wstały z miejsc, w których siedziały, i zaczęły powoli, bezszelestnie zbliżać się do niego, jakby pociągnięte niewidzialną nicią.