W rezultacie każdy rodzinny obiad przeradzał się w spontaniczną sesję swatania.
„Miley, kochanie” – zaczynała moja mama, Martha. „Pamiętasz syna Johnsonów? Właśnie awansował na stanowisko kierownika regionalnego w swojej firmie. Może kiedyś pójdziecie na kawę?”
„Mamo, na razie nie interesują mnie randki” – mówiłam. „Skupiam się na karierze”.
„Ale kochanie” – wtrącał się mój tata, Stephen – „twoja kariera nie ogrzeje cię w nocy. Nie chcesz mieć kogoś, z kim mogłabyś dzielić życie?”
„Dzielę się życiem z wami i moimi przyjaciółmi” – odpowiadałam. „To mi na razie wystarczy”.
Ale nie odpuszczali. To była nieustanna lawina pytań: „A co z tym i tym?” i „Słyszeliście o tym miłym młodym człowieku?”
Pewnej nocy sprawy przybrały zły obrót.
Jedliśmy właśnie nasz zwykły niedzielny obiad, gdy moi rodzice ujawnili nam szokującą nowinę.
„Miley” – powiedział tata poważnym tonem. „Twoja mama i ja dużo o tym myśleliśmy”.
„O rany, zaczynamy” – mruknąłem.
„Postanowiliśmy” – kontynuował, ignorując mój sarkazm – „że jeśli nie wyjdziesz za mąż przed ukończeniem 35. roku życia, nie zobaczysz ani centa z naszego spadku”.
„Co?” wyrzuciłam z siebie. „Nie mówisz poważnie!”
„Jesteśmy” – wtrąciła mama. „Nie młodniejemy, kochanie. Chcemy, żebyś była spokojna i szczęśliwa. I chcemy wnuków, póki jesteśmy jeszcze na tyle mali, żeby się nimi cieszyć”.
„To szaleństwo” – wyrzuciłam z siebie. „Nie możesz mnie szantażować, żebym wyszła za mąż!”
„To nie szantaż” – upierał się mój tata. „To, no cóż, zachęta”.
Tej nocy wybiegłam z ich domu, nie mogąc uwierzyć w to, co się stało. Postawili mi ultimatum, sugerując, że albo znajdę męża w ciągu kilku miesięcy, albo pożegnam się z dziedzictwem.
Byłem zły, ale nie dlatego, że chciałem pieniędzy. Chodziło raczej o zasadę. Jak śmią tak kontrolować moje życie?
Przez tygodnie nie odbierałem od nich telefonów ani ich nie odwiedzałem. Aż pewnego wieczoru wpadłem na świetny pomysł.
Wracałem do domu z pracy, myśląc o arkuszach kalkulacyjnych i terminach, kiedy go zauważyłem. Mężczyzna, prawdopodobnie po trzydziestce, siedział na chodniku z tekturowym znakiem i prosił o resztę.
Wyglądał szorstko, miał rozczochraną brodę i nosił brudne ubrania, ale w jego oczach było coś. Dobroć i smutek, które sprawiły, że się zatrzymałem.
Wtedy wpadł mi do głowy pewien pomysł. Był szalony, ale wydawał się idealnym rozwiązaniem wszystkich moich problemów.
„Przepraszam” – powiedziałem do mężczyzny. „To może zabrzmieć szalenie, ale, hm, czy chciałby pan wziąć ślub?”
Oczy mężczyzny rozszerzyły się ze zdumienia. „Przepraszam, co?”
„Słuchaj, wiem, że to dziwne, ale posłuchaj mnie” – powiedziałam, biorąc głęboki oddech. „Muszę jak najszybciej wziąć ślub. To byłoby małżeństwo z rozsądku. Zapewniłabym ci mieszkanie, czyste ubrania, jedzenie i trochę pieniędzy. W zamian musiałbyś udawać mojego męża. Co ty na to?”
Wpatrywał się we mnie przez coś, co wydawało się wiecznością. Byłem pewien, że myślał, że żartuję.